Dwie jedenastolatki po drodze do domu widzą wózek z dzieckiem. Postanawiają je uratować – skoro ktoś je zostawił bez opieki, to znaczy, że go nie chce. Prawda? Kilka dni później policja znajduje zwłoki niemowlęcia. Po szybkim procesie dziewczynki zostają skazane. Siedem lat później Alice i Ronnie wychodzą z poprawczaka. Mają szansę zacząć życie od nowa. Jednak tajemnica, którą owiana jest dawna zbrodnia, wciąż dręczy ich rodziców, prawników i policjantów. Wszystkich, którzy wtedy nie odważyli się stawić czoła szokującej prawdzie… A kiedy w niepokojących okolicznościach znika kolejne dziecko, podejrzenia natychmiast padają na dawne koleżanki. Sprawę prowadzi młoda pani detektyw, która siedem lat wcześniej znalazła ciało Olivii.
Na pierwszej stronie mojego egzemplarza leży nieżywy robak, które zabiłem, używając właśnie tej książki. To jasny znak dla wszystkich chcących przeczytać „To, co jasne" – jeśli nie oddasz pożyczonej lektury, będziesz kolejny... A teraz na poważnie. Z pewnością znalazłoby się wielu, którzy chcieliby przeczytać ten kryminał, bo jest dobry. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że autorka wykreowała naprawdę złożone główne bohaterki. Zarówno Alice, jak i Ronnie są postaciami niejednoznacznymi, bo okazuje się, że im więcej czytelnik dowiaduje się o przeszłości obu już dorosłych dziewczyn, tym bardziej wszystko ulega zmianom. Żadna z nich nie jest w zupełności dobra ani zła, ich zachowania doskonale obrazują zasadę, że nic nie jest w zupełności czarne albo białe. Alice i Ronnie to bohaterki, w których mieszają się różne odcienie szarości i to głównie dlatego tak bardzo wciąga ich historia – czytelnik koniecznie pragnie poznać prawdę z przeszłości, dowiedzieć się, kim dziewczyny są naprawdę. Równie dobrze zostały nakreślone postaci drugoplanowe, czego najlepszym przykładem jest matka Alice. Dlaczego, dowiecie się, jeśli dotrzecie do finału opowieści.
