Zamek w Łańcucie zwiedzałem po raz pierwszy i na własnej skórze przekonałem się, że budowla robi wielkie wrażenie nie tylko na widokówkach. Stojąc vis-a-vis tej perełki architektonicznej, trudno nie ulec jej urokowi. Czas pędzi do przodu, a tutaj historia jakby stanęła w miejscu i się nie rusza. O współczesności przypominają jedynie staruszkowie „cykający sobie foty” z telefonów umieszczonych na selfie stickach. Uroczy widok.
Zwiedzanie zaczyna się w mało ciekawym miejscu – przy kasach. Czekając na swojego przewodnika, można wybrać się na spacer dookoła posiadłości Potockich i Lubomirskich. Tylko spoglądajcie często na zegarek, bo w alejach poprowadzonych na powierzchni blisko trzydziestu hektarów (jeśli nie przeinaczam słów przewodnika), obsadzonych lipami liczącymi nawet dwieście lat, łatwo stracić rachubę. Szczególnie zachęcam do obejrzenia barwnego ogrodu otaczającego zamek, gdzie spodobało mi się niemal tak, jak wewnątrz budowli. Znajdziecie tam całą galerię kolorów i gatunków – raj dla amatorów ogrodnictwa i fotografii.
„Prawdziwe” zwiedzanie rozpoczyna się od głównego wejścia do zamku, gdzie przewodnik pokrótce opowiada o historii tego wspaniałego przybytku. By móc zwiedzać jego wnętrze, należy założyć obuwie ochronne umożliwiające ślizganie się po przepięknych, drewnianych parkietach. Przewodnik twierdził, że to dla ochrony drewnianych podłóg, ale mniejsza o to. Paniom nie polecałbym zwiedzania na wysokich szpilkach, bo choć jest to jak najbardziej możliwe, z pewnością nie należy do najprzyjemniejszego sposobu.
